Archive by Author

Fotka miejska, jeden kadr z życia alpinistki

1 sie

Fotka miejska, jeden kadr z życia alpinistki

Zdobywać szczyty, bez względu na to jakie by nie były wysokie, aby z dobrą porcją adrenaliny, odpowiednią asekuracją i z ciekawości przeżycia przygody.
Bez względu na ryzyko i krzyż na szczycie, warto.
Przygoda, impreza, poligon, ściana z przeszkodami. Niepowtarzalny smak, wyjątkowe danie ;) Nerwy mi puszczają, ale co tam, nic za darmochę.

LISTY PRZECIWKO WOJNIE

1 sie

Listy przeciwko wojnie
Nadzieja i apel do polskiego wydawcy
O ich szybkie polskie wydanie.

(…)Jeszcze bardziej niż na zewnątrz, przyczyn wojny należy szukać w nas. I w namiętnościach takich jak pragnienie, strach, niepewność, chciwość, pycha, próżność … Powoli trzeba się go pozbyć. Musimy zmienić podejście. zaczynając podejmować decyzje, które wpływają na nas i innych dotyczących bardziej moralności, a mniej odsetek. Róbmy więcej, co jest dobre, a nie to, co pasuje dla nas.,wychowywać dzieci, aby być uczciwym, inteligentne. Nadszedł czas, aby zobowiązać się do wiary w swoje wartości . Cywilizacja jest wzmocniona przez swoją moralną determinację, znacznie bardziej, niż od produkcji wciąż nowych broni. (…)

(więcej…)

W cieniu Angkor Wat

31 lip

W większości, przynajmniej do jego połowy, post przeniesiony z poprzedniego bloga. Miał być przeniesiony, a został prawie na nowo rozpisany, a przynajmniej dopisany (uzupełniony) z dodatkiem kilku nowych zdjęć.

Trochę długo przymierzałam się do opublikowania i w ogóle przejrzenia zdjęć dzieci z Kambodży, a to głownie z tej przyczyny, że nie kojarzyły mi się z tym najradośniejszym etapem w podróży.
Gdy oglądasz takie zdjęcia w gazecie czy w internecie, myślisz sobie, egzotyka, inny daleki kraj, jakaś dzika społeczność, w zasadzie tak tobie obca, że aż nie prawdziwa.


Oglądasz zdjęcia i na chwilę podziwiasz kunszt fotografa, może trochę zazdrościsz, że może nigdy nie zobaczysz „takich ludzi” takich miejsc na własne oczy, a potem jakimś dziwnym zrządzeniem losu, wysiadasz na lotnisku w Bangkoku, potem przekraczasz w ponad czterdziestostopniowym upale prymitywną granicę z Kambodżą stojąc w bardzo długiej kolejce i nie wiesz gdzie jesteś, ani co tu robisz? Wita cię prawdziwie

trzeci świat.

Granica
Na granicy Tajlandia – Kambodża
Ostatni posiłek i chłodne tajlandzkie piwo plus nawet dobra kawa z mlekiem :)

Jeszcze w super klimatyzowanym przejściu na granicy z Tajlandią. Ogromna „przepaść” te obydwa kraje, zarówno warunków życia i jak i zwykłych cywilizacyjnych miejsc, choćby „łazienek” ( poniżej na zdjęciu). Wszystko zmienia się w mgnieniu oka, na chwilę po przekroczeniu granicy.

Łazienka
Gorąco ale i kolorowo


Gęsiego, jeden za drugim

Grupa turystów, gęsiego jeden za drugim zmierza w kierunku granicy. W zasadzie do dziś zastanawiam się co tych ludzi tam gnało ?
Chcieli zobaczyć na własne oczy tę straszliwą nędzę, spocić się do granic ludzkiej wytrzymałości, zaryzykować, że padną po drodze w straszliwym upale, chcieli doświadczyć przejścia się zaraz obok jeszcze zaminowanych ścieżek? Adrenalina ?! Czy może jednak obejrzeć wyrwane dżungli, niesamowite centrum eklektycznej, duchowej mocy i architektury, świątynie w Angkor Wat ?
A po kiego minie tam popędziło ?
Nigdy sobie nie odpowiem na to pytanie, po prostu nie wiem….! Natomiast mam takie wewnętrzne przekonanie, że zawsze się dobija do tych portów, do których wbrew logice i absurdalności takiego pomysłu, dotrzeć się powinno. Tak było i w moim przypadku. Jeszcze poprzedniej nocy nerwowo przechadzałam się po hotelowym pokoju i mówiłam, że rezygnuję, że daruję sobie nawet ewentualnie poniesione koszty, nie jadę. A jednak nad ranem, gdy zadzwonił telefon, zwlekłam się z łóżka i pojechałam, pchana przez jakąś niezrozumiałą dla siebie siłę ! – Masz tam pojechać i już wstawaj i za drzwi !

Wjazd Kingdom of Cambodia


Na początek

Mijam nie młodą już kobietę, ciągnie ogromny drewniany wóz po brzegi wypełniony workami z cebulą, od tyłu pomagają go jej pchać, całkiem małe dzieci. Mijamy się, ona zaprzężona jak koń ze strumieniami potu na czole i nabrzmiałymi od wysiłku żyłami na twarzy i rękach, mijamy się, na moment nasze spojrzenia napotykają na siebie, patrzymy sobie w oczy, o czym myślimy ?! Ja że jestem w najprawdziwszym piekle w świecie „za karę” o którym nie miałam pojęcia, że istnieje na prawdę.

Z przodu matka
Z tyłu dzieci

I niby to nic nowego, bieda i żebrzące dzieci, można takie spotkać wszędzie i u nas tej biedy nie brakuje, ale istnieje podstawowa różnica pomiędzy powszechnością biedy tam i u nas. Nasza bieda nie siedzi na każdym centymetrze ulicy, pola i miasta, a tamtejszej nie sposób ominąć, hotel do którego zmierzasz jest jak „oaza” na pustyni rozpaczy i czujesz się w nim winna, że jesz, śpisz w czystej pościeli, słuchasz muzyki i, że zostawiasz jedzenie na talerzu.
Przy okazji przeszywa cię prawdziwy strach i pytanie, czy zawsze będziesz już tu gdzie jesteś w miejscu gdzie podają pełno jedzenia i kelner uśmiecha się do ciebie jak w filmie, czy może, to miejsce zmieni bieg koła Samsary ? A może raz na dole, a raz na górze, a innym razem gdzieś pośrodku ?

Raz na wozie, a raz pod … nim
Emocje

Największym zaskoczeniem były dla mnie moje własne emocje ( może dusza..), tych, nie mogłabym zgadnąć nawet we śnie. Co innego film, gazeta czy książka, a co innego zaraz obok, tak bezpośrednio, twarzą w twarz z ostrą walką o byt i pouczającym głosem przewodnika, „świata nie zbawisz” . Determinacja, która, aż bolała i bezwzględnie dotykała mnie osobiście. Stojąc w grupie tych dzieci, czułam ich i swoje napięcie – stres jak na wojnie, przed pojedynkiem, a nie przed transakcją „kup za dolara” którego masz w kieszeni i choćbyś wydała ich ze sto to i tak ci na obiad nie zabraknie. Co ciekawe w Kambodży, dzieci które ja spotkałam nie żebrały, a zawsze miały mi coś do zaoferowania, drewnianego ptaszka, piszczałkę, chusteczkę, albo twarz do fotografii. Nie po raz pierwszy poczułam, że strach się bać ślepego losu i jeśli istnieje coś takiego jak „karma”, to nie jest ślepa.
Przez głowę przeleciały mi jakieś kościelne słowa; „Błogosławieni ci którzy się boją Pana” ? A co jeśli za znaczeniem tego tekstu kryje się coś innego niż tylko bóg personalnie, a Bóg jako władająca i panująca nad naszymi losami własna Karma ( Pan) ? Czyli suma naszych złych i dobrych uczynków … Po co komu wymyślać bajki o piekle, ze smołą, kotłem i ogniem, wystarczy pomyśleć o powtórnym przyjściu na świat właśnie tam w gorącej jak piekło Kambodży. Nawet gdyby tak było, to moje myśli pobiegły do mojego dzieciństwa, za dziewczynką która urodziła się w Polsce. Z tamtego punktu widzenia nie miałam absolutnie żadnej skargi do losu o miejsce swojego pochodzenia i w trymiga pojęłam jaka jestem szczęśliwa przychodząc na świat, właśnie w kraju na Wisłą.
Dzieci w Kambodży żeby zarobić tego „one” dolara, starają się na wszystkie sposoby wydobyć je od przejeżdżających turystów, jedne z nich są bardziej sprytne, a nawet przebiegłe, inne bardzo wrażliwe i delikatne jak dziewczynka, od której za kilka tajlandzkich Batów kupiłam chustę.

Dzieci

Była najmłodsza w grupie starszych od niej dziewczynek, nieśmiała, stłamszona, trzymana przez inne dzieci na uboczu. Mówiła cichutko, jakby wątpiła, że ją zobaczę, wyglądała na wystraszoną i było jej wszystko jedno ile i co dostanie za te swoje chusteczki. Wrażliwa mała, może siedmioletnia dziewczynka, mówiła do mnie po cichutku, wyciągając swój ręczny straganik z apaszkami, absolutnie mi się nie narzucając.. Zrobiła na mnie wrażenie, nagle jakbym się ocknęła i przestała widzieć wszystkie inne te bardziej przebojowe tuż obok. Co ja mogłam zrobić dla tej małej kochanej i zagubionej dziewczynki ? Kupić od niej wszystkie szaliczki ? Pogłaskać po głowie, czy adoptować. Tylko to ostatnie coś by zmieniło w jej życiu, ale nie jestem przecież Angeliną Jolie, która po nagraniach któregoś ze swoich filmów w Kambodży tak się wzruszyła losem tych malców, że adoptowała aż dwójkę dzieci.

Dłoń opatrzności ?

To co mnie najbardziej przerażało w losie tych dzieci, to strach, że może być, mogło być, aż tak źle. Przeszył mnie mój własny strach i grot fizycznej trwogi o swoją własną egzystencję. Niczym się przecież od nich nie różnię, wszyscy przecież jesteśmy wyłącznie ludźmi. Przez moment jakbym kończyła życie, przeleciały sceny niezadowolenie i skargi na zły los przeleciały mi przez głowę jak błyskawice..

Prawda, że te dzieciaczki nie wcale nie wyglądają na nie dożywione ? I pewnie nie są, przynajmniej te z tej wioski, którą regularnie odwiedzają autokary z turystami.
Śmieć mi się zachciało jak jedna z kobiet z mojej grupy, spojrzała na mnie z znaczaco i z nuta ckliwości w głosie zupełnie po polsku zwróciła się do jednej z dziewczynek z dzieckiem na ręku;
- biedna dziecino, twój braciszek ma taki wypięty ma brzuszek, pewnie z głodu, biedactwo :(
Tak, z głodu? Boki można było zrywać, ta mała co trzyma brata, też i z głodu ma takie pulchne rączki i buźkę ;)

Co by nie pisał o biedzie w tropikach, tam jest lato, są owoce, banany itp. Czego brak u nas w porze kilkumiesięcznej śnieżnej zimy.

Straszny posiłek
Nie zapomnę też dzieci wyczekujących na nas pod restauracją dla turystów, odgrodzonej od reszty tego świata kratami z drewna. Z jednej strony my i full jedzenia z drugiej wpatrujące się w nas dzieci poobwieszane czym się da, koralikami, ręcznie wykonanymi zabawkami w oczekiwaniu żeby nas dopaść i wytargować jak najwięcej. To było był najbardziej stresotwórczy posiłek jaki kiedykolwiek jadłam. A kelnerzy, przynosili, przekąski, pierwsze danie, drugie danie i desery i nawet coś jeszcze, że trudno to było w siebie wepchnąć. Całym tym żarciem tylko z jednego obiadu, można byłoby wykarmić całą wioskę, a tym czasem ludzie degustowali, próbowali i zostawiali.
Ze względu na siedzące po drugiej stronie towarzystwo, strzeliłam fotkę temu orzechowi z zupą, jak już wszyscy resztką sił dojadali to czego inni nie mogli w siebie wepchnąć ;)
Tak sobie wtedy pomyślałam, że choćbym rozdała im wszystko co mam i sama poszła zbierać ryż za ich mamy i taty, ich biedy nie ubędzie, ani trochę.
Prowizoryczna drewniana krata oddzielała te dwa światy, mój i ich, a ja czułam się toksyczne jak cholera wypełniając brzuch przy takiej widowni i za nic nie chciałam znaleźć się po drugiej stronie tej barykady.
W jakiś przedziwny sposób, nie bardzo rozumiejąc czemu?

Czułam się winna za ich los.

A koło się kręci … kręci

Pachnące mydełko.

W jednej z wiosek która odwiedziłam w Kambodży dałam dziewczynce pachnące mydełko, dlaczego nie pieniądze ? Ano dlatego, że wyjaśniono nam jeszcze przed wjazdem do wioski , że w rodzinie rodzi się pogarda i lekceważenie dla starszych osób w rodzinie, których nikt nie che fotografować, a ich dzieci zarabiają więcej od taty i mamy przez cały dzień brodzących po pachy w wodzie na polach ryżowych. Dałam więc pewnej dziewczynce mydełko i kilka innych drobiazgów z hotelu, które zabrałam na tę okoliczność, a ta gdy dostała mydełko, nie omieszkała pochwalić się tym co ma reszcie dzieci i młodszemu od niej, chyba braciszkowi. Malec rozpłakał się wniebogłosy i nie chciał nic innego tylko to samo mydełko, które dałam jego siostrzyczce, problem w tym, że ja, już nie miałam drugiego dla niego.

Rodzina dziewczynki i jej dom.
Dobrodzieje turyści, wśród nich i ja z mydłami z hotelu i pastą do zębów, choć i tak przewodnik skwitował, że wziąć trzeba, i szczotki i pasty, ale czy oni będą wiedzieć, do czego to ? Trudno się mówi, trzeba uczyć ich cywilizacji.
Chyba trochę przesadził, byli pewnie tacy co je myli i nie myli. Gdy oddaliłam się od reszty grupy pozostawiając ją zupełnie w tyle, pochłonięta robieniem zdjęć i na amen gdzieś zagubiona, „poza światem”, mijali mnie uczniowie z pobliskiej szkoły, przeważnie na rowerach, ale i pieszo. Pomyślałam, ach, żeby tylko nasze dzieci nosiły się do szkoły tak czysto i odświętnie, jak te z tej wioski na końcu świata. Jestem przekonana, że zęby myją i wiedzą co to szczotka i pasta do zębów !
Ale czegóż się nie powie spragnionemu turyście, żeby choć tak przez moment poczuł się jak jak misjonarz odkrywca, albo Tony Halik i Dzikowska ;)
Nie ładnie Agata, robisz zdjęcie, widać twój cień :)
Po bardziej szczegółowej analizie stwierdzam, że w Kambodży bieda jest i miny też pewnie pozostały tu i ówdzie, poza turystycznymi szlakami, ja na żadną, poza psią kupą nie wpadłam.
Ale widać też, że jest pomiędzy tymi ludźmi normalność, o której my nie mamy pojęcia, spoglądając na ich chaty na palach, z perspektywy naszych mieszkań w bloku z luksusowym zestawem wypoczynkowym, albo w domu z wypielęgnowanym do bólu ogródkiem, do którego wchodzimy wyłącznie w specjalnych kapciach i tylko po wytyczonych ścieżynkach.
Ta dziewczynka na zdjęciu powyżej, jest jak laleczka, śliczna i zadbana. Widać na jej główce matczyną rękę, uczesanie, na rączce różową bransoletkę z koralików i letnią zupełnie ładniutką dziewczęcą sukieneczkę.
Oczywiście nie zmieniłam zdania i nie twierdzę teraz, że Kambodża to oaza szczęścia, na pewno nią nie jest !
Są dzieci doświadczone wojną, jak ten chłopiec, w którego stronę nikt nie chciał patrzeć, udając, że go tam nie ma.
I każdy ma swoją rację.
Faktem jest, że żeby wszystkim dogodzić, trzeba byłoby mieć przy sobie bank jednodolarówek. Kambodża, choć biedna i zapewne biedniejsza od Polski to w pobliżu nie leży. Wycieczka na „koniec świata,” do tanich nie należy, chyba, że z plecakiem.
Ale żeby się na taką wycieczkę z plecakiem wybrać, trzeba mieć końskie zdrowie i odpowiednią do takiej podróży płeć – męską, albo w parze i co najmniej jednego dobrego kumpla.
Dlatego polski turysta, przemyka i woli nawet nie patrzeć na tutejszą nędzę. Jak okaże brak rozsądku, da jednemu, zaatakuje go całe „stado”, głodnych, biednych i kalek i za nim się zorientuje rozszarpią go do ostatniego centusia. Zabraknie pieniędzy ? Nic nie szkodzi, nie pogardzą tym co masz w torbie, na przykład, komórką. Wniosek? Najbezpieczniej jest patrzeć przed siebie i podziwiać sternika.
Lepiej nawet nie patrzeć

Ta brygada ma to doskonale wytrenowane. Płyną turyści, wiatr rozwiewa im włosy, uff, nareszcie miły chłodek. Pan przewodnik, choć powinien być po naszej stronie, milczy przed wypłynięciem na jezioro, jak grób, niczego nie zapowiada, nie ostrzega; – ludzie, a teraz chowajcie się pod ławki i nie bójcie się, te nadpływające łodzie, to nie porywacze dla okupu. W ten sposób pomaga miejscowym, bo to fakt, trzeba ludziom, coś z siebie dać, a nie tylko obfotografowywać ich biedę i kalectwo. Wychodzę z łódki, podchodzi do mnie nasz przewodnik, prawie idzie ze mną na spacer jest miły, bardzo grzeczny i zachęca mnie do kupna, straszliwej tandety, której gdybym była miłośniczką, mogę kupić na Św. Marcinie w Poznaniu, a ja patrzę na niego i czytam w jego myślach; – No, kup babo, masz kasę i tak ją wydasz na jakieś pierdoły, kremy liftingujące, albo maseczki !
Wiem, czuję jego nastawienie i pewnego rodzaju misję z jaką pracuje, nakłaniając do zakupów, dorwał turystkę, jak mu się zdawało podatną, kupi wszystko, jak jej wciśnie trochę bajerów, w końcu to wyprawa jej życia :)
Ja wiem co on o mnie myśli, ale on nie wie, że ja znam i słyszę każdą jego myśl ;)
W sumie i ja myślę, o tych wszystkich babach, poza sobą oczywiście, to samo co on ;)
Kupiłam kilka drobiazgów na jeziorze Tonle Sap, ale wybierałam, nie te hurtem zwożone z Chin, te bez pudła rozpoznaję, każdy głupi je rozpozna, wszędzie ich pełno, za rogiem w każdej mieścinie i w Ustce przy deptaku też.
Kupuję ręcznie wykonane zabaweczki, dla przyjaciół , słomiane motylki, ptaszki, letnie klapki z muszelkami, koraliki, i mijam kolejny mały kramik na wodzie, a tam z przerażeniem dostrzegam hodowlę swoich ulubionych ryb. Pangi, moje ulubione smażone filety nad Bałtykiem, pływają w takim bełcie, że z trudem powstrzymuję mdłości.
Zaraz obok widzę jak facet robi do wody, a okiem zoomu w obiektywie dostrzegam na wpół zgniłe zwierze, rozkładające się w wodzie ! Fuj Koszmar.
Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć, ja niestety tak mam, jak niewierny Tomasz, za nic nie chciałam uwierzyć miłej pani w Kołobrzegu, że te ryby, to syf, sprowadzony z Azji i żebym tego nie zamawiała.
Teraz już wiem, to rzeczywiście ryba Syf, a nie Panga.

Chcecie to jedzcie, może Panga w waszym sklepie, z innej Azji pochodzi ?

Hodowla Pangi, prywatnie, ale są i wielkie hodowlane akwaria, w tej samej wodzie.
Przed sekundą ten pan robił siku wprost do wody.
Łowcy. Bardzo szybko, nie wiadomo skąd, prawie jak piraci dopływają do łodzi z turystami i wskakują na pokład, z coca-colą, z wężem, skorpionem, lodem, albo z wyciągniętą ręką ;)
Nie ma to, jak pierwszy raz na gorąco, z zaskoczenia, gdy łodzie z impetem stuknęły się brzegami, pomyślałam; – porywają nas Khmerzy ;)

W końcu nie ma się co dziwić, ani irytować, każdy z nas w ich położeniu, z ich życiem i losem, robił by dokładnie to samo, rzucał się na przybysza z dolarami w kieszeni. Poza rybołówstwem, rękodziełem, i świątyniami w Angkor Wat, z całą pewnością. to ich główne źródło utrzymania. Turysta, to przypływające i odpływające jedzenie i ubranie.
Jak ja sobie z tym dałam radę ?
Prawie zostałam rozszarpana, z wyrzutami sumienia, że ja mam, a oni nie mają i nie mogę zapełnić ich kieszeni, ani zmienić ich losu.
Cokolwiek bym nie wsypała do ich rąk, zawsze były puste i ponownie wyciągnięte w moim kierunku.
W związku z tym stwierdziłam, że jestem jak ten król z pewnej buddyjskiej opowieści.

Żebracza miska, zawsze pusta.
Najważniejsze, aby być królem samego siebie.
Któregoś razu pewien król napotkał na swej drodze żebraka. Żebrak był tak bezczelnym żebrakiem, że ani myślał zejść królowi z drogi, a żeby tego było mało zagradzał ją i uniemożliwiał orszakowi królewskiemu ominięcie jego i jego żebraczej miski.
Wtedy król stracił cierpliwość i osobiście przemówił do żebraka, czy zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z samym królem, władcą tego kraju ?
Na to żebrak zaśmiał się bezczelnie, wyciągnął przed siebie swoją pustą miskę i powiedział do króla, że jeśli w istocie jest prawdziwym królem, zdoła zapełnić jego miskę do pełna, a jeśli nie zdoła, to nie jest królem niczego poza samym sobą.
Król najpierw się wściekł, ale żeby udowodnić swoją potęgę, opanował się i zgodził na propozycję żebraka. Wrzucił do żebraczej miski najpierw wszystko co miał przy sobie, ale ta nadal pozostawała pusta. Czego do niej nie włożył, wszystko w dziwny sposób znikało. Potem kazał przywieść złoto z królewskiego skarbca, ale żebracza micha, przez cały czas świeciła pustką. Ile by w nią nie ładował swoich skarbów, ta natychmiast zamieniała je w nic.

W końcu podszedł do króla sam żebrak i rzekł do niego: – Królu, ta miska jest nie do zaspokojenia, wsypując do niej złoto bez zastanowienia i niczego dobrego nie robisz, bo ani ja, żebrak, nie mam z tego żadnej korzyści, ani ta miska nie zamieni się w złoto, od wsypywanego do niej złota. Patrz królu jak była miedziana, tak i jest, a ty przestaniesz być królem i w twoim kraju zapanuje chaos. Możesz do niej włożyć i siebie i swoich poddanych, a ciebie i ich też pochłonie, taka jest nienasycona i nie do zaspokojenia.

Bo widzisz królu, ta miska, nazywa się ludzką rządzą. Moim pragnieniem jest wciąż od nowa ją wypełniać. Twoim jest być królem i mieć władzę i absolutną kontrolę nad wszystkim. Jedno i drugie nie ma żadnej wartości, jest tylko ludzkim pragnieniem i nienasyconą rządzą, zawsze nie zaspokojoną.

"Polska głupcze" Li…ssss

28 lip

„Granice mojego języka stanowią granice mojego świata” – mawiał Wittgenstein

Nie podoba mi się !
Tylko ktoś nie mądry, może zwracać się do ludzi, swoich przyszłych czytelników w tak głupi sposób.
I nic tego nie tłumaczy, żaden cytat, cudze poglądy i słowa żadnego prezydenta, a zwłaszcza amerykańskiego. Słowem posługujemy się po to żeby odnieść jakiś skutek. A w tym przypadku, o co chodzi ? O Zatrzymanie głupców i nakłonienie ich do zweryfikowania poglądów ? Przecież tych,  zatrzymać się nie da, zawsze pędzą przed siebie jak stado baranów.
Patrzy na mnie twarz zamyślona, może i w pewnym sensie szalona. T. Lis, niczym duch, przemawia do głupich polskich mas.
Nie mogło mi umknąć, jakieś dziwne podobieństwo do karty The Fool, Carla Rochriga, zbieg okoliczności ? Lis i karty ? Zbieg okoliczności, czy jednak wyraźna świadoma stylistyka okładki na przykładzie tej karty ?
Popatrzcie na kartę …
I poniżej na przybraną pozę Tomasza Lisa, niesamowite podobieństwo, nawet lewe oko opuszczone w ten sam sposób.
Tutaj internetowa recenzja książki i wyjaśnienia, dlaczego szeroki odbiorca, to Głupiec ?
„Polska Głupcze” czeka, pomyślałam, twoja ojczyzna z Lisem, co z okładki zwraca się do ciebie, per Głupcze. Nie ważne, o czym się wymądrza, nie lubię gdy ktoś zwraca się do mnie z pogardą. Będzie tu stał, aż do do końca świata, bo w tym kraju, mało kogo obchodzą polscy głupcy, a Polak zwyczajnie uda, że to nie o nim, i że nie jest Polakiem.
Polak za granicami ojczyzny, woli nie mówić w swoim języku, jak nie zna angielskiego, albo francuskiego, udaje głuchego, miga ;)
A kysz, a kysz, zgiń przepadnij, zmoro ! Mówię w duchu i nie wchodzę do tego sklepu.
Byłoby dobrze pobyć odrobinę w chłodnej klimatyzacji, ugasić pragnienie, poczytać tajskie gazety, kusi, jak nie wiem co. Poszłam nad morze, z dala od tej Lisiej Polski, nacieszyć oczy, nie całkiem co prawda przykładnie czystym morzem i plażą w Pattaya, za to z piękną cieplutką morską bryzą o szmaragdowym odcieniu i z wodą łagodnie wylewającą się na brzeg. Nie ma co gardzić, gdy w ojczyźnie czeka mróz i, „Polska Głupcze” !
Czasem słodka niewiedza jest zbawieniem. Może w piachu na plaży były pchły i węże, skakały, pełzały i kogoś pogryzły? Dla mnie były niemalże łaskawe, przesiadywałam tam do późna w nocy, wprost na piachu w krótkich spodniach, albo w kostiumie i nic, żadna pchła, tylko pająk, ale nie na plaży, a nad basenem.
Ale najczęściej spacerowałam brzegiem morza i rozmyślałam o sensie życia :)
Żart. Podziwiałam ciepło i pełnię lata w styczniu.
Spotykałam różnych ludzi, tę panią i dzieci. Między innymi, tę małą z misiem, zaraz przy plaży.
Młodą parę :)
A, nie rozpustników. Zakochanych. Choć, ona, jakby trochę niepewna o swój los, przy boku męża?
Za to, on, w przeciwieństwie do polskich panów młodych, na zupełnym luziku ;)
Co kraj to obyczaj.
Domek duchów przed samym hotelem, zaraz obok niego stały inne trzy i bóg Brahma.
I wiele kabli z wysokim napięciem :)
Poniżej, krzewy kwitnących na różowo orchidei.
I puste o tej porze gorące ulice.

Kalejdoskop, kilka mniej ważnych migawek z podróży (Tajlandia, Kambodża)

22 lip

Zazwyczaj widzi się takie pejzaże kątem oka, są migają, zmieniają się, tu kwiat, tam egzotyczny ptak, gwar ulicy, sprzedawca owoców, dopiero co mijany piękny zielony ogród, takie tam nic, ale jakby się chciało zatrzymać tak wprędce mijające chwil. Dlatego, tak na wszelki wypadek, gdyby się miało zapomnieć, jedna, fotka mniej w aparacie, jedna więcej, ot, kalejdoskop codzienności mijanej przelotnie.

Wschód słońca co wieczór spoglądałam na morze kołyszące się przed zmierzchem. Gdy nie było mgły, można było dostrzec niewielką wysepkę tuż, tuż na horyzoncie. Zazwyczaj, zaraz potem po tej obserwacji, rzucałam aparat i siebie na łóżko, chłodząc się sztucznym oddechem z klimatyzacji.
Już wiem, czuję, hotel, to bezpieczne miejsce, choć ogranicza, ale na pewno jest oazą dla kobiet takich jak ja. wiem też, że na przyszłość, może być inny, byle by znów tam wyruszyć w te miejsca, na te plaże, do ludzi straszących duchy petardami po zmierzchu :)
Gwarek, koncertujący nad wejściem do hotelu, najwyraźniej przywoływał do siebie dziewczynkę, długo i pięknie ją namawiał, podejrzliwie spoglądał , raz jednym, raz drugim okiem, na wchodzących do hotelu gości . A jak tak stałam jak wryta, na przekór wszystkim znudzonym, nie miłośnikom ptaków w hotelu i zakłócałam mu jego zaloty, serią zdjęć i nieznośną wścibską obserwacją.
Ulice w Pattaya, w drodze Tuk tukiem, ruchliwe, smrodliwe i na swój sposób urocze. Tam na tych ulicach, ruch nie zamiera ni nocą ni dniem ;)
W Tajlandii na skuterach wozi się dzieci i siebie i wszystko inne co tylko uda się zapakować, upchnąć, przywiązać albo utrzymać. Butle z gazem, meble, towary do sklepów itd.
Ulice i uliczni sprzedawcy. Przyznam się bez bicia lubię takie klimaty; sprzedawców na ulicy, kosze z owocami, dymiące i kopcące grille, pieczone szczury, chrupiące koniki polne i inne przysmaki, palce lizać :)
Ale były i znacznie cichsze i spokojniejsze zakątki i wyłącznie droga z wozem ciągniętym przez dwa woły. Ciekawa, acz trochę śmierdząca przejażdżka, za to zdrowsza niż smród pracujących silników spalinowych.
I kwiaty :)
Spoglądać na kwiaty, nigdy mi dość, kocham orchidee a każdym rodzaju, kolorze i gatunku. Obecnie mam dwie w domu, różową i białą.
Lato w zimie, ależ miło popatrzeć na bujnie rozkwitającą zieleń w tropikalnych ogrodach
Ogrody, z kwiatami, altanami, mosteczkami, a poza tym pachnąco i cieplutko, poezja :)
A gdyby tak, trochę tam pomieszkać, tak do pory deszczowej i monsunów.
W Tajlandii i w Kambodży, cudowne Gwarki trzyma się w klatkach w domu, albo tuż pod domem, jak u nad kanarki i papużki
Piękne ptaszki, całe czarne, z elementami żółtego i żywo pomarańczowego i potrafią mówić ; Hello, Good Morning, Goodbye :)
W tym sklepie zwróciłam uwagę nie na torby oczywiście, ale na domek dla duchów. Mango, kokos i chyba papaja …
Jeden z wielu sklepów z pamiątkami, masówka dla turysty z poza Azji . Jakiś drobiazg zawsze warto zabrać ze sobą na pamiątkę, choćby dlatego, żeby coś po sobie pozostawić, ot, tych kilka bahtów.
Nigdy, w żadnym miejscu w którym byłam po raz pierwszy, nie żałowałam wydanego grosika, choć po jakimś czasie i tak wszystkie te cenne pierdołki, lądują w wiklinowej skrzyni, którą trzymam w piwnicy.
Nie ważne, ale przez jakiś czas, tworzą w domu pewien specyficzny klimat i stoją sobie dumnie na półce w sypialni wraz z orchideami zasadzonymi z tajlandzkich nasionek.
W to lato otoczona jestem ze wszystkich stron Azjatyckimi „dziełami sztuki”. Małe, drobne, niedrogie i niby nic nie warte klamoty ;) A jednak dla mnie to fragmenty niedawnej przygody, energii miejsca, od którego z dnia na dzień, oddalam się coraz bardziej, ale wiem, jestem pewna, że nie na zawsze.
Ze stolików, parapetów i szklanych witrynek uśmiechają się do mnie, „zbieracze kurzu”, i spoglądają z mnisim spokojem cierpliwe szlifowanie z kurzu miękką ściereczką; mały medytujący budda, złoty smok na szczęście, słonik z obrazka, garść muszelek i różnokolorowych kamyków z plaży, kilku sandałowych i orchideowych. kadzidełek, i wojownik, kukiełka, ze złotą maską i złotym mieczem w dłoni.
Gdy wieczorem zamykam się w pokoju z wiatrakiem i dobrą książką, czy z dobrym przyjacielem, czuję się jakbym tam nadal była, w gorącej, wilgotnej i parnej Tajlandii.
Ten rok, jest dla mnie szczególnie pięknym upalnym latem, jak i dzień w którym postanowiłam wybrać się z pielgrzymką w życie.
Lipcowe południowe słońce w zenicie, kościelne dzwony wzywające na Anioł Pański ( ponad 30 stopni opału, w cieniu) i mój pierwszy oddech w takim właśnie zduszonym upałem szpitalu, bez klimatyzacji :)
Dlatego, pomimo, że pot zalewa mi oczy i podkoszulka przykleja do pleców, a spodnie do tyłka, uwielbiam takie ciepłe upalne dni i gorące tropiki. Czuję wtedy, że jestem, że żyję. W takie dni myśli mam jasne jak słońce. Lubię lipcowe spiekoty i powietrze drgające z gorąca, nagrzane od południowego słońca, lekko poruszane podmuchem równie gorącego południowego wiatru na twarzy :)
Bosko, taki mój cud.
Która kobieta nie jest choć trochę próżna ? Ja jestem próżna, czasem nawet bardziej niż przeciętna, i własnie dlatego uwielbiam jak mi się robi zdjęcia. Lubię gdy fotografem, jest mężczyzna, zwłaszcza gdy jest jak ten czarnowłosy i długowłosy Hindus, idealnie w moim typie, choćby i z grubą brzydką żoną u boku :)
Tak na serio, ten pan był sam, bez żony i bez pomarańczowego mnisiego prześcieradła (zabij mnie, a zawsze nie wiem jak to się nazywa?) i popatrzeliśmy na siebie przez moment, czujnym obiektywu, tego samego modelu Nikona i w tym samym momencie :)
Kilka minut wcześniej, było równie magicznie, wpadliśmy na siebie omal nie rozbijając aparatów w ciemnym jak noc korytarzu świątyni czterech lotosów, Angkor Watt. Miejsce jak z baśni, żywe, magiczne i tajemnicze jak Bóg w niebie.
Dla moich oczu, w tym korytarzyku było czarno jak smoła, może dlatego, że weszłam wprost z nasłonecznionego dnia ? I zdecydowanie ciemniej, niż na zdjęciu powyżej.
Poczerniało mi w oczach, jakbym weszła do innego świata, labiryntu Minotaura i właśnie tam, w tym ciemnym przejściu, wpadłam na tego Hindusa.
U kresu drogi, czarnej i surowej konstrukcji korytarza świątyni Angkor Watt, tak po prostu, czekał na mnie pomarańczowy „budda”, jeden kontemplujący, a drugi śpiący.
I rzekł; – Agato teraz pojedziesz do Indii, to cel twojej następnej pielgrzymki :)
Jestem więc bardzo dobrej myśli. Jeśli pomarańczowy „budda” tak przemówił do mnie, to musi się zdarzyć wola oświeconego, wola optymizmu, która zaprowadzi mnie, nie tylko do piekła, ale i do nieba.
Pojadę, polecę, dojdę pieszo. Jakoś na pewno. Pora mi szykować się w drogę, zmierzyć się ze świętymi wodami Gangesu, brudem, kurzem i karmą :)
W tym pięknym hotelu o równie dostojnej nazwie Cesarzowa, chciałam czuć się nadzwyczajnie, jak ona cesarzowa, obsypana płatkami róż, stąpająca po czerwonym dywanie, w drodze oświetlonej delikatnymi łunami świec. I prawie było by pięknie, gdyby nie jeden rozpraszający mnie, a istotny szczegół.
Któż chce być cesarzową na pustyni z nędzą i rozpaczą, siecią zła i korupcji, z wielkim penisem przy basenie i słoniowym bogiem Ganeszą, po drugiej. Może ktoś, mnie, to uwierało jak kolec w bucie, jak gwóźdź we wrzodziejącej ranie.
Nie mam nic przeciw penisowi, ani Ganeszy, jeden i drugi, to zwyczajnie kult trąby. Przeszkadzał mi ten straszny kontrast – skraj nędzy, skraj rozpasania. Jak je pogodzić ? Chyba wyłącznie, tym kołem fortuny, karmą, losem i tym, że wszystko nie jest takim, jak się zdaje, że jest.
Ciekawe, że mężczyźni kąpiący się w tym basenie, całkiem młodzi dorodni i wyglądający na zdrowych, hmm, hmm, i wiele mogących. Po zmroku, przy pełni księżyca, jeden za drugim nurkowali w basenie, tuż przed obliczem wielebnego penisa ;)
Księżyc był wtedy w pełni, świecił jasno i odkrywał wszystkie ich tajemnice, a co niektórzy panowie, pewnie dla lepszego efektu, pozbywali się i reszty stroju.
Jak dla mnie odprawiali tam jakieś, czary – mary, pod tym marmurowym bogiem potencji i płodności ;)

Piękna to była oaza na pustyni, z żyrandolem, mi osobiście kojarzącym się wyłącznie z przedstawieniem; „Upiór w operze”. :)

Cudnie było spędzić tam, te kilka nocy, choć nie powiem i nocleg w szałasie również miał swoje niezapomniane uroki. Może nawet i większe…

Warto spróbować pobyć w takim przybytku, choćby, tylko dla obserwacji, czy jest się we właściwym dla siebie miejscu?
Pośród nocnego zgiełku i głośno grającej muzyki, jakiś głos nie dawał mi spokoju i dręczył pytaniami ? !
- Hallo, Agato, czy dobrze się bawisz i czujesz w tym pięknym hotelu ? Hmm, pomyślałam:
- Wiesz głosie, jakoś nie bardzo, choć tu tak pięknie, jak w bajce, dziwnie?.
Chwila namysłu.
- Albo nie, poczekaj, po zastanowieniu, zmieniam zdanie !
- Bardzo mi tu dobrze. Tak właśnie, dobrze, fajnie i już. Jestem przecież jak oni wszyscy, ci ludzie tu przy tych stołach i tamci, za murem Oazy.
- I jeszcze ci powiem, że do czego mnie los siłą wlókł, byłam tam pod przymusem, choć nie chciałam tam być.
Gdzie mnie doprowadził po dobroci, skorzystałam z szansy.
A gdy sama decyduję, to, wszystko może być moim udziałem. Jestem tu z własnej woli, bo tak chciałam.
Pod oknem w najlepsze trwała zabawa. Beztroscy Japończycy radośnie podskakiwali i zaprawiali się trunkami w rytm muzyki, od poważnej klasycznej, po mniej poważna, muzykę Abby.
Z okna balkonu hotelowego, rozpościerał się widok na białe obrusy, srebrną i złotą zastawę, scenę do tańca i występów karaoke.
Super to była impreza, wystarczyło zejść na dół, ażeby grupa nie całkiem trzeźwych Japończyków zaciągnęła mnie ze sobą na parkiet i do stołu, a język ? Stał się cud i zaczęłam mówić po japońsku ? Skądże znowu, język był najmniej ważny, jeno muzyka, a że ja jestem szczególnie muzykalna, więc odśpiewałam przebój Abby i jak za sprawa czarów, czy kilku drinków, znalazłam się w gronie najlepszych przyjaciół, takich z przydomowego podwórka.
Przez moment byłam w Japonii, w Kambodży i po prostu u siebie, w domu, a nie na odwrót. Zawsze cieszę się życiem, ot, tak beztrosko, gdy zatańczę i zaśpiewam, jak przed laty, w piaskownicy, pod oknem domu rodzinnego, i przed laty na rynku starego miasta, ze swoim chłopakiem :)
Ale, gdzieś, zaraz nieopodal, na wyciągnięcie dłoni, rzut beretem od tego kolorowego muzycznego szczęścia, rozciągały się bezkresne pustynie rozpaczy, nędza i głód. Czyż to nie moje własne odbicie, tam po drugiej stronie barykady, a może i tu pod tym balkonem ? Jedno i drugie. Jestem kołem fortuny.

Podglądaczką jestem, ale wyłącznie, od czasu do czasu, jak mi coś strzeli do głowy.
Cóż ja na to mogę, że lubię wypróbować zoom w aparacie ;)

Poniżej fragment eleganckiej klasyki, żywcem jak z filmu „Joe Black”. To był początek imprezy :)
I, zabawa z Abbą, ta, już po kilku głębszych. Nocne 28 stopni, wymuszało prawie natychmiastową reakcję cudownego upojenia :)
Trochę mi się kręciło w głowie, stąd ciągły ruch obiektywem, w prawo, w lewo itp.