W większości, przynajmniej do jego połowy, post przeniesiony z poprzedniego bloga. Miał być przeniesiony, a został prawie na nowo rozpisany, a przynajmniej dopisany (uzupełniony) z dodatkiem kilku nowych zdjęć.
Trochę długo przymierzałam się do opublikowania i w ogóle przejrzenia zdjęć dzieci z Kambodży, a to głownie z tej przyczyny, że nie kojarzyły mi się z tym najradośniejszym etapem w podróży.
Gdy oglądasz takie zdjęcia w gazecie czy w internecie, myślisz sobie, egzotyka, inny daleki kraj, jakaś dzika społeczność, w zasadzie tak tobie obca, że aż nie prawdziwa.
Oglądasz zdjęcia i na chwilę podziwiasz kunszt fotografa, może trochę zazdrościsz, że może nigdy nie zobaczysz „takich ludzi” takich miejsc na własne oczy, a potem jakimś dziwnym zrządzeniem losu, wysiadasz na lotnisku w Bangkoku, potem przekraczasz w ponad czterdziestostopniowym upale prymitywną granicę z Kambodżą stojąc w bardzo długiej kolejce i nie wiesz gdzie jesteś, ani co tu robisz? Wita cię prawdziwie
trzeci świat.
Granica
Na granicy Tajlandia – Kambodża
Ostatni posiłek i chłodne tajlandzkie piwo plus nawet dobra kawa z mlekiem
Jeszcze w super klimatyzowanym przejściu na granicy z Tajlandią. Ogromna „przepaść” te obydwa kraje, zarówno warunków życia i jak i zwykłych cywilizacyjnych miejsc, choćby „łazienek” ( poniżej na zdjęciu). Wszystko zmienia się w mgnieniu oka, na chwilę po przekroczeniu granicy.
Łazienka
Gorąco ale i kolorowo
Gęsiego, jeden za drugim

Grupa turystów, gęsiego jeden za drugim zmierza w kierunku granicy. W zasadzie do dziś zastanawiam się co tych ludzi tam gnało ?
Chcieli zobaczyć na własne oczy tę straszliwą nędzę, spocić się do granic ludzkiej wytrzymałości, zaryzykować, że padną po drodze w straszliwym upale, chcieli doświadczyć przejścia się zaraz obok jeszcze zaminowanych ścieżek? Adrenalina ?! Czy może jednak obejrzeć wyrwane dżungli, niesamowite centrum eklektycznej, duchowej mocy i architektury, świątynie w Angkor Wat ?
A po kiego minie tam popędziło ?
Nigdy sobie nie odpowiem na to pytanie, po prostu nie wiem….! Natomiast mam takie wewnętrzne przekonanie, że zawsze się dobija do tych portów, do których wbrew logice i absurdalności takiego pomysłu, dotrzeć się powinno. Tak było i w moim przypadku. Jeszcze poprzedniej nocy nerwowo przechadzałam się po hotelowym pokoju i mówiłam, że rezygnuję, że daruję sobie nawet ewentualnie poniesione koszty, nie jadę. A jednak nad ranem, gdy zadzwonił telefon, zwlekłam się z łóżka i pojechałam, pchana przez jakąś niezrozumiałą dla siebie siłę ! – Masz tam pojechać i już wstawaj i za drzwi !
Wjazd Kingdom of Cambodia
Na początek
Mijam nie młodą już kobietę, ciągnie ogromny drewniany wóz po brzegi wypełniony workami z cebulą, od tyłu pomagają go jej pchać, całkiem małe dzieci. Mijamy się, ona zaprzężona jak koń ze strumieniami potu na czole i nabrzmiałymi od wysiłku żyłami na twarzy i rękach, mijamy się, na moment nasze spojrzenia napotykają na siebie, patrzymy sobie w oczy, o czym myślimy ?! Ja że jestem w najprawdziwszym piekle w świecie „za karę” o którym nie miałam pojęcia, że istnieje na prawdę.
Z przodu matka
Z tyłu dzieci
I niby to nic nowego, bieda i żebrzące dzieci, można takie spotkać wszędzie i u nas tej biedy nie brakuje, ale istnieje podstawowa różnica pomiędzy powszechnością biedy tam i u nas. Nasza bieda nie siedzi na każdym centymetrze ulicy, pola i miasta, a tamtejszej nie sposób ominąć, hotel do którego zmierzasz jest jak „oaza” na pustyni rozpaczy i czujesz się w nim winna, że jesz, śpisz w czystej pościeli, słuchasz muzyki i, że zostawiasz jedzenie na talerzu.
Przy okazji przeszywa cię prawdziwy strach i pytanie, czy zawsze będziesz już tu gdzie jesteś w miejscu gdzie podają pełno jedzenia i kelner uśmiecha się do ciebie jak w filmie, czy może, to miejsce zmieni bieg koła Samsary ? A może raz na dole, a raz na górze, a innym razem gdzieś pośrodku ?
Raz na wozie, a raz pod … nim
Emocje
Największym zaskoczeniem były dla mnie moje własne emocje ( może dusza..), tych, nie mogłabym zgadnąć nawet we śnie. Co innego film, gazeta czy książka, a co innego zaraz obok, tak bezpośrednio, twarzą w twarz z ostrą walką o byt i pouczającym głosem przewodnika, „świata nie zbawisz” . Determinacja, która, aż bolała i bezwzględnie dotykała mnie osobiście. Stojąc w grupie tych dzieci, czułam ich i swoje napięcie – stres jak na wojnie, przed pojedynkiem, a nie przed transakcją „kup za dolara” którego masz w kieszeni i choćbyś wydała ich ze sto to i tak ci na obiad nie zabraknie. Co ciekawe w Kambodży, dzieci które ja spotkałam nie żebrały, a zawsze miały mi coś do zaoferowania, drewnianego ptaszka, piszczałkę, chusteczkę, albo twarz do fotografii. Nie po raz pierwszy poczułam, że strach się bać ślepego losu i jeśli istnieje coś takiego jak „karma”, to nie jest ślepa.
Przez głowę przeleciały mi jakieś kościelne słowa; „Błogosławieni ci którzy się boją Pana” ? A co jeśli za znaczeniem tego tekstu kryje się coś innego niż tylko bóg personalnie, a Bóg jako władająca i panująca nad naszymi losami własna Karma ( Pan) ? Czyli suma naszych złych i dobrych uczynków … Po co komu wymyślać bajki o piekle, ze smołą, kotłem i ogniem, wystarczy pomyśleć o powtórnym przyjściu na świat właśnie tam w gorącej jak piekło Kambodży. Nawet gdyby tak było, to moje myśli pobiegły do mojego dzieciństwa, za dziewczynką która urodziła się w Polsce. Z tamtego punktu widzenia nie miałam absolutnie żadnej skargi do losu o miejsce swojego pochodzenia i w trymiga pojęłam jaka jestem szczęśliwa przychodząc na świat, właśnie w kraju na Wisłą.
Dzieci w Kambodży żeby zarobić tego „one” dolara, starają się na wszystkie sposoby wydobyć je od przejeżdżających turystów, jedne z nich są bardziej sprytne, a nawet przebiegłe, inne bardzo wrażliwe i delikatne jak dziewczynka, od której za kilka tajlandzkich Batów kupiłam chustę.
Dzieci
Była najmłodsza w grupie starszych od niej dziewczynek, nieśmiała, stłamszona, trzymana przez inne dzieci na uboczu. Mówiła cichutko, jakby wątpiła, że ją zobaczę, wyglądała na wystraszoną i było jej wszystko jedno ile i co dostanie za te swoje chusteczki. Wrażliwa mała, może siedmioletnia dziewczynka, mówiła do mnie po cichutku, wyciągając swój ręczny straganik z apaszkami, absolutnie mi się nie narzucając.. Zrobiła na mnie wrażenie, nagle jakbym się ocknęła i przestała widzieć wszystkie inne te bardziej przebojowe tuż obok. Co ja mogłam zrobić dla tej małej kochanej i zagubionej dziewczynki ? Kupić od niej wszystkie szaliczki ? Pogłaskać po głowie, czy adoptować. Tylko to ostatnie coś by zmieniło w jej życiu, ale nie jestem przecież Angeliną Jolie, która po nagraniach któregoś ze swoich filmów w Kambodży tak się wzruszyła losem tych malców, że adoptowała aż dwójkę dzieci.
Dłoń opatrzności ?
To co mnie najbardziej przerażało w losie tych dzieci, to strach, że może być, mogło być, aż tak źle. Przeszył mnie mój własny strach i grot fizycznej trwogi o swoją własną egzystencję. Niczym się przecież od nich nie różnię, wszyscy przecież jesteśmy wyłącznie ludźmi. Przez moment jakbym kończyła życie, przeleciały sceny niezadowolenie i skargi na zły los przeleciały mi przez głowę jak błyskawice..
Prawda, że te dzieciaczki nie wcale nie wyglądają na nie dożywione ? I pewnie nie są, przynajmniej te z tej wioski, którą regularnie odwiedzają autokary z turystami.
Śmieć mi się zachciało jak jedna z kobiet z mojej grupy, spojrzała na mnie z znaczaco i z nuta ckliwości w głosie zupełnie po polsku zwróciła się do jednej z dziewczynek z dzieckiem na ręku;
- biedna dziecino, twój braciszek ma taki wypięty ma brzuszek, pewnie z głodu, biedactwo
Tak, z głodu? Boki można było zrywać, ta mała co trzyma brata, też i z głodu ma takie pulchne rączki i buźkę
Co by nie pisał o biedzie w tropikach, tam jest lato, są owoce, banany itp. Czego brak u nas w porze kilkumiesięcznej śnieżnej zimy.
Straszny posiłek
Nie zapomnę też dzieci wyczekujących na nas pod restauracją dla turystów, odgrodzonej od reszty tego świata kratami z drewna. Z jednej strony my i full jedzenia z drugiej wpatrujące się w nas dzieci poobwieszane czym się da, koralikami, ręcznie wykonanymi zabawkami w oczekiwaniu żeby nas dopaść i wytargować jak najwięcej. To było był najbardziej stresotwórczy posiłek jaki kiedykolwiek jadłam. A kelnerzy, przynosili, przekąski, pierwsze danie, drugie danie i desery i nawet coś jeszcze, że trudno to było w siebie wepchnąć. Całym tym żarciem tylko z jednego obiadu, można byłoby wykarmić całą wioskę, a tym czasem ludzie degustowali, próbowali i zostawiali.
Ze względu na siedzące po drugiej stronie towarzystwo, strzeliłam fotkę temu orzechowi z zupą, jak już wszyscy resztką sił dojadali to czego inni nie mogli w siebie wepchnąć
Tak sobie wtedy pomyślałam, że choćbym rozdała im wszystko co mam i sama poszła zbierać ryż za ich mamy i taty, ich biedy nie ubędzie, ani trochę.
Prowizoryczna drewniana krata oddzielała te dwa światy, mój i ich, a ja czułam się toksyczne jak cholera wypełniając brzuch przy takiej widowni i za nic nie chciałam znaleźć się po drugiej stronie tej barykady.
W jakiś przedziwny sposób, nie bardzo rozumiejąc czemu?
Czułam się winna za ich los.
A koło się kręci … kręci
Pachnące mydełko.
W jednej z wiosek która odwiedziłam w Kambodży dałam dziewczynce pachnące mydełko, dlaczego nie pieniądze ? Ano dlatego, że wyjaśniono nam jeszcze przed wjazdem do wioski , że w rodzinie rodzi się pogarda i lekceważenie dla starszych osób w rodzinie, których nikt nie che fotografować, a ich dzieci zarabiają więcej od taty i mamy przez cały dzień brodzących po pachy w wodzie na polach ryżowych. Dałam więc pewnej dziewczynce mydełko i kilka innych drobiazgów z hotelu, które zabrałam na tę okoliczność, a ta gdy dostała mydełko, nie omieszkała pochwalić się tym co ma reszcie dzieci i młodszemu od niej, chyba braciszkowi. Malec rozpłakał się wniebogłosy i nie chciał nic innego tylko to samo mydełko, które dałam jego siostrzyczce, problem w tym, że ja, już nie miałam drugiego dla niego.
Rodzina dziewczynki i jej dom.
Dobrodzieje turyści, wśród nich i ja z mydłami z hotelu i pastą do zębów, choć i tak przewodnik skwitował, że wziąć trzeba, i szczotki i pasty, ale czy oni będą wiedzieć, do czego to ? Trudno się mówi, trzeba uczyć ich cywilizacji.
Chyba trochę przesadził, byli pewnie tacy co je myli i nie myli. Gdy oddaliłam się od reszty grupy pozostawiając ją zupełnie w tyle, pochłonięta robieniem zdjęć i na amen gdzieś zagubiona, „poza światem”, mijali mnie uczniowie z pobliskiej szkoły, przeważnie na rowerach, ale i pieszo. Pomyślałam, ach, żeby tylko nasze dzieci nosiły się do szkoły tak czysto i odświętnie, jak te z tej wioski na końcu świata. Jestem przekonana, że zęby myją i wiedzą co to szczotka i pasta do zębów !
Ale czegóż się nie powie spragnionemu turyście, żeby choć tak przez moment poczuł się jak jak misjonarz odkrywca, albo Tony Halik i Dzikowska
Nie ładnie Agata, robisz zdjęcie, widać twój
cień
Po bardziej szczegółowej analizie stwierdzam, że w Kambodży bieda jest i miny też pewnie pozostały tu i ówdzie, poza turystycznymi szlakami, ja na żadną, poza psią kupą nie wpadłam.
Ale widać też, że jest pomiędzy tymi ludźmi normalność, o której my nie mamy pojęcia, spoglądając na ich chaty na palach, z perspektywy naszych mieszkań w bloku z luksusowym zestawem wypoczynkowym, albo w domu z wypielęgnowanym do bólu ogródkiem, do którego wchodzimy wyłącznie w specjalnych kapciach i tylko po wytyczonych ścieżynkach.
Ta dziewczynka na zdjęciu powyżej, jest jak laleczka, śliczna i zadbana. Widać na jej główce matczyną rękę, uczesanie, na rączce różową bransoletkę z koralików i letnią zupełnie ładniutką dziewczęcą sukieneczkę.
Oczywiście nie zmieniłam zdania i nie twierdzę teraz, że Kambodża to oaza szczęścia, na pewno nią nie jest !
Są dzieci doświadczone wojną, jak ten chłopiec, w którego stronę nikt nie chciał patrzeć, udając, że go tam nie ma.
I każdy ma swoją rację.
Faktem jest, że żeby wszystkim dogodzić, trzeba byłoby mieć przy sobie bank jednodolarówek. Kambodża, choć biedna i zapewne biedniejsza od Polski to w pobliżu nie leży. Wycieczka na „koniec świata,” do tanich nie należy, chyba, że z plecakiem.
Ale żeby się na taką wycieczkę z plecakiem wybrać, trzeba mieć końskie zdrowie i odpowiednią do takiej podróży płeć – męską, albo w parze i co najmniej jednego dobrego kumpla.
Dlatego polski turysta, przemyka i woli nawet nie patrzeć na tutejszą nędzę. Jak okaże brak rozsądku, da jednemu, zaatakuje go całe „stado”, głodnych, biednych i kalek i za nim się zorientuje rozszarpią go do ostatniego centusia. Zabraknie pieniędzy ? Nic nie szkodzi, nie pogardzą tym co masz w torbie, na przykład, komórką. Wniosek? Najbezpieczniej jest patrzeć przed siebie i podziwiać sternika.
Lepiej nawet nie patrzeć


Ta brygada ma to doskonale wytrenowane. Płyną turyści, wiatr rozwiewa im włosy, uff, nareszcie miły chłodek. Pan przewodnik, choć powinien być po naszej stronie, milczy przed wypłynięciem na jezioro, jak grób, niczego nie zapowiada, nie ostrzega; – ludzie, a teraz chowajcie się pod ławki i nie bójcie się, te nadpływające łodzie, to nie porywacze dla okupu. W ten sposób pomaga miejscowym, bo to fakt, trzeba ludziom, coś z siebie dać, a nie tylko obfotografowywać ich biedę i kalectwo. Wychodzę z łódki, podchodzi do mnie nasz przewodnik, prawie idzie ze mną na spacer jest miły, bardzo grzeczny i zachęca mnie do kupna, straszliwej tandety, której gdybym była miłośniczką, mogę kupić na Św. Marcinie w Poznaniu, a ja patrzę na niego i czytam w jego myślach; – No, kup babo, masz kasę i tak ją wydasz na jakieś pierdoły, kremy liftingujące, albo maseczki !
Wiem, czuję jego nastawienie i pewnego rodzaju misję z jaką pracuje, nakłaniając do zakupów, dorwał turystkę, jak mu się zdawało podatną, kupi wszystko, jak jej wciśnie trochę bajerów, w końcu to wyprawa jej życia 
Ja wiem co on o mnie myśli, ale on nie wie, że ja znam i słyszę każdą jego myśl 
W sumie i ja myślę, o tych wszystkich babach, poza sobą oczywiście, to samo co on 
Kupiłam kilka drobiazgów na jeziorze Tonle Sap, ale wybierałam, nie te hurtem zwożone z Chin, te bez pudła rozpoznaję, każdy głupi je rozpozna, wszędzie ich pełno, za rogiem w każdej mieścinie i w Ustce przy deptaku też.
Kupuję ręcznie wykonane zabaweczki, dla przyjaciół , słomiane motylki, ptaszki, letnie klapki z muszelkami, koraliki, i mijam kolejny mały kramik na wodzie, a tam z przerażeniem dostrzegam hodowlę swoich ulubionych ryb. Pangi, moje ulubione smażone filety nad Bałtykiem, pływają w takim bełcie, że z trudem powstrzymuję mdłości.
Zaraz obok widzę jak facet robi do wody, a okiem zoomu w obiektywie dostrzegam na wpół zgniłe zwierze, rozkładające się w wodzie ! Fuj Koszmar.
Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć, ja niestety tak mam, jak niewierny Tomasz, za nic nie chciałam uwierzyć miłej pani w Kołobrzegu, że te ryby, to syf, sprowadzony z Azji i żebym tego nie zamawiała.
Teraz już wiem, to rzeczywiście ryba Syf, a nie Panga.
Chcecie to jedzcie, może Panga w waszym sklepie, z innej Azji pochodzi ?
Hodowla Pangi, prywatnie, ale są i wielkie hodowlane akwaria, w tej samej wodzie.
Przed sekundą ten pan robił siku wprost do wody.
Łowcy. Bardzo szybko, nie wiadomo skąd, prawie jak piraci dopływają do łodzi z turystami i wskakują na pokład, z coca-colą, z wężem, skorpionem, lodem, albo z wyciągniętą ręką
Nie ma to, jak pierwszy raz na gorąco, z zaskoczenia, gdy łodzie z impetem stuknęły się brzegami, pomyślałam; – porywają nas Khmerzy
W końcu nie ma się co dziwić, ani irytować, każdy z nas w ich położeniu, z ich życiem i losem, robił by dokładnie to samo, rzucał się na przybysza z dolarami w kieszeni. Poza rybołówstwem, rękodziełem, i świątyniami w Angkor Wat, z całą pewnością. to ich główne źródło utrzymania. Turysta, to przypływające i odpływające jedzenie i ubranie.
Jak ja sobie z tym dałam radę ?
Prawie zostałam rozszarpana, z wyrzutami sumienia, że ja mam, a oni nie mają i nie mogę zapełnić ich kieszeni, ani zmienić ich losu.
Cokolwiek bym nie wsypała do ich rąk, zawsze były puste i ponownie wyciągnięte w moim kierunku.
W związku z tym stwierdziłam, że jestem jak ten król z pewnej buddyjskiej opowieści.
Żebracza miska, zawsze pusta.
Najważniejsze, aby być królem samego siebie.
Któregoś razu pewien król napotkał na swej drodze żebraka. Żebrak był tak bezczelnym żebrakiem, że ani myślał zejść królowi z drogi, a żeby tego było mało zagradzał ją i uniemożliwiał orszakowi królewskiemu ominięcie jego i jego żebraczej miski.
Wtedy król stracił cierpliwość i osobiście przemówił do żebraka, czy zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z samym królem, władcą tego kraju ?
Na to żebrak zaśmiał się bezczelnie, wyciągnął przed siebie swoją pustą miskę i powiedział do króla, że jeśli w istocie jest prawdziwym królem, zdoła zapełnić jego miskę do pełna, a jeśli nie zdoła, to nie jest królem niczego poza samym sobą.
Król najpierw się wściekł, ale żeby udowodnić swoją potęgę, opanował się i zgodził na propozycję żebraka. Wrzucił do żebraczej miski najpierw wszystko co miał przy sobie, ale ta nadal pozostawała pusta. Czego do niej nie włożył, wszystko w dziwny sposób znikało. Potem kazał przywieść złoto z królewskiego skarbca, ale żebracza micha, przez cały czas świeciła pustką. Ile by w nią nie ładował swoich skarbów, ta natychmiast zamieniała je w nic.
W końcu podszedł do króla sam żebrak i rzekł do niego: – Królu, ta miska jest nie do zaspokojenia, wsypując do niej złoto bez zastanowienia i niczego dobrego nie robisz, bo ani ja, żebrak, nie mam z tego żadnej korzyści, ani ta miska nie zamieni się w złoto, od wsypywanego do niej złota. Patrz królu jak była miedziana, tak i jest, a ty przestaniesz być królem i w twoim kraju zapanuje chaos. Możesz do niej włożyć i siebie i swoich poddanych, a ciebie i ich też pochłonie, taka jest nienasycona i nie do zaspokojenia.
Bo widzisz królu, ta miska, nazywa się ludzką rządzą. Moim pragnieniem jest wciąż od nowa ją wypełniać. Twoim jest być królem i mieć władzę i absolutną kontrolę nad wszystkim. Jedno i drugie nie ma żadnej wartości, jest tylko ludzkim pragnieniem i nienasyconą rządzą, zawsze nie zaspokojoną.
52.401157
16.909307
Komentarze i odpowiedzi